Print Friendly

Możliwość bezpiecznej ewakuacji osób przebywających w obiekcie w przypadku pożaru stanowi priorytet działań w zakresie ochrony przeciwpożarowej. To zdanie napisałam na stronach tego bloga już co najmniej raz, i zapewne napiszę to jeszcze wielokrotnie. Jednak nie zawsze spełnienie wymagań stawianych w przepisach przeciwpożarowych i budowlanych wystarczy, aby użytkownicy obiektu bezpiecznie go opuścili w przypadku zagrożenia. Widzę tu przynajmniej dwie kwestie wpływające na ostateczny przebieg ewakuacji – reakcję osób zdolnych do samoewakuacji na ogłoszony alarm oraz organizację ewakuacji dla osób do niej niezdolnych. O pierwszym aspekcie już kilka zdań zostało tu napisane (TOP 10 reakcji na alarm pożarowy; Psychologia ewakuacji: dlaczego ludzie nie reagują na alarmy pożarowe?) Tym razem troszkę o organizacji ewakuacji osób wymagających szczególnej uwagi – na przykładzie pacjentów szpitali.

Skąd taki temat? Zrodził się po wizycie w pewnym szpitalu.

Historia zna już kilka przypadków tragicznych w skutkach pożarów szpitali. Największym pożarem szpitala w historii ludzkości był pożar w 1960 roku w Guatemala City, w którym zginęło 225 osób, a ponad 300 zostało rannych. W Polsce najtragiczniejszy był pożar szpitala psychiatrycznego w Górnej Grupie w 1980 roku – zginęło w nim 55 pacjentów, a 26 doznało ciężkich obrażeń.  Dość niedawno, bo w 2013 roku, miał miejsce pożar w szpitalu psychiatrycznym w Ramienjem pod Moskwą – z 42 osób przebywających w budynku, uratowało się tylko troje, a 38 poniosło śmierć.

Temat ewakuacji pacjentów szpitali, zwłaszcza tych dla psychicznie i nerwowo chorych, jest tematem bardzo trudnym, złożonym i zawiłym, i nie zamierzam opisać go w jednym poście. W miarę zapoznawania się z tym tematem, będę się dzielić spostrzeżeniami. Na początek, przytoczę tu wywiad z inspektorem ochrony przeciwpożarowej w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie, który został przeprowadzony w nawiązaniu do ostatniego wspomnianego przeze mnie tragicznego pożaru pod Moskwą. Wiadomo – wywiad był przeprowadzony dla jednego z dużych portali internetowych, nie dla „Ochrony Przeciwpożarowej” ani „Przeglądu Pożarniczego”, także nie ma w nim ani specjalistycznego, technicznego słownictwa ani szczegółów dot. organizacji ewakuacji. Potraktujcie to jako wstęp do zagadnienia, które postaram się w przyszłości zgłębić na łamach blog-ppoz.pl.

W nocy z czwartku na piątek w szpitalu psychiatrycznym pod Moskwą wybuchł pożar, który skończył się tragedią – zginęło 38 osób, dziewięć kobiet i 29 mężczyzn, w tym dwaj przedstawiciele personelu medycznego. Uratowało się tylko dwóch pacjentów i pielęgniarka. A gdyby w Państwa szpitalu pojawił się w nocy ogień? Jak są Państwo do tego przygotowani?

W każdym momencie jesteśmy przygotowani na takie zagrożenie i ewakuację szpitala. U nas jest to tak zorganizowane, że cały budynek jest monitorowany przez zatrudnioną przez nas firmę, jak również straż pożarną. W salach znajdują się czujniki dymu, który sygnalizują zagrożenie od razu po jego wykryciu. Są one numerowane tak, jak pomieszczenia, więc w przypadku pojawienia się ognia, w centrali od razu pojawia się informacja, w którym miejscu jest pożar. Dyżurny dostaje sygnał dźwiękowy i wizualny, który obliguje go do tego, by to sprawdził i potwierdził, czy jest zagrożenie. Automatycznie przyjeżdża też do nas straż.

Co w momencie stwierdzenia zagrożenia pożarowego robi personel szpitala?

Personel w tym czasie już musi tak zorganizować wszystko, by w chwili przyjazdu straży wszyscy pacjenci, którym zagraża niebezpieczeństwo, byli już ewakuowani. Od momentu stwierdzenia zagrożenia powinno to być wykonane w 4,5 minuty. W tyle czasu jesteśmy w stanie ewakuować wszystkich pacjentów i personel w bezpieczne miejsce.

Kto konkretnie odpowiada za ewakuację pacjentów z danego oddziału czy budynku?

Za ewakuację swoich klinik są odpowiedzialni ordynatorzy oraz oddziałowe. W ciągu dnia nie ma z tym problemu, bo cały personel jest obecny. Natomiast w porze popołudniowej i nocnej obowiązki te przejmuje lekarz dyżurny izby przyjęć, który koordynuje ewakuację i wysyła do pomocy w budynku, w którym wybucha pożar, personel z innych oddziałów.

Czy pacjenci są ewakuowani w jakieś konkretne, wyznaczone miejsce?

Ewakuacja może być całościowa lub częściowa oraz na zewnątrz lub do bezpiecznej strefy. Nasze budynki są podzielone na bezpieczne strefy. To znacznie ułatwia proces ewakuacji, ponieważ nie zawsze opuszczenie budynku jest konieczne. W niektórych przypadkach wystarczy przejść do wspomnianej strefy, zabezpieczonej drzwiami o odporności ogniowej, które są w stanie wytrzymać 60 minut w całkowitej szczelności.

Czy pacjenci mogą też sami się ewakuować?

Nie, nie ma takiej opcji. Jest to zorganizowane tak, że po ogłoszeniu ewakuacji personel musi zajść do każdej sali i zdyscyplinować pacjentów – jeżeli oczywiście nie są ograniczeni ruchowo – do opuszczenia sali, po czym wyprowadzać pacjentów korzystając z wszystkich możliwych wyjść ewakuacyjnych do stref bezpieczeństwa lub na zewnątrz. Jeżeli pacjenci są obłożnie chorzy, trzeba ich wynieść, bywa, że wraz ze sprzętem, do którego są podłączeni. Ale nie jest to uciążliwe, bo dzięki wyznaczonym strefom nie zawsze trzeba znosić ich po schodach.

A gdyby pacjent stawiał opór, był sparaliżowany strachem czy z jakiegoś innego powodu nie chciał wyjść? Bo przecież mają też Państwo pacjentów z zaburzeniami świadomości…

Na razie, podczas dotychczasowych próbnych ewakuacji, takich sytuacji nie było. Ale wiadomo, mogą się zdarzyć. Trzeba wtedy negocjować i różnymi sposobami nakłaniać taką osobę do wyjścia. Nie mogę powiedzieć, że należy używać siły, bo do tej pory nie było to potrzebne.

Mówi pan, że w szpitalu przeprowadzane są ćwiczenia na wypadek pożaru. Jak często?

Do tej pory odbywały się co dwa lata, ale teraz to się zmieniło i będą przeprowadzane przynajmniej raz w roku. W tym roku będziemy jeszcze mieli ewakuację próbną poszczególnych budynków, z naciskiem na kliniki psychiatryczne, neurologię i neurochirurgię. Bo to są trudne oddziały do ewakuacji.

Bo mają kraty w oknach?

To nawet nie o to chodzi. Kraty w oknach nie mają znaczenia, bo to nie jest droga ewakuacyjna. Chodzi o to, że oddziały administracyjne, biurowe jesteśmy w stanie sami opuścić, a w klinikach przebywają pacjenci, których to my musimy wyprowadzić, bo za nich odpowiadamy.

Czy w Państwa szpitalu zdarzały się pożary, w wyniku których ewakuacja była konieczna?

Małe pożary się zdarzają. To jest specyficzne miejsce, w którym znajdują się również pacjenci z różnymi zaburzeniami umysłu. Tak więc zdarzały się podpalenia, począwszy od kosza na śmieci, skończywszy na krześle czy piżamie. W takich przypadkach miały miejsce ewakuacje np. jednego budynku. Ale też reakcje personelu były tak szybkie, że nie dochodziło do nieszczęścia. Oczywiście za każdym razem przyjeżdża straż pożarna. Zresztą, dla naszego bezpieczeństwa lepiej jest, by strażacy przyjechali i potwierdzili, że w budynku nie ma już zagrożenia.

Czy zdarzyło się, że ewakuowany musiał być cały szpital?

Tak, kilkakrotnie. Ale to było dawno temu i nie było związane z pożarem, tylko z podejrzeniem ataku terrorystycznego. Ktoś informował, że podłożył bombę. Było kilka takich przypadków, ale to jeszcze za czasów mojego poprzednika. Ale jak sam mi opowiadał – wszystkie ewakuacje przebiegły pomyślnie. Nikt nie ucierpiał. Duże znaczenie ma przy tym fakt, że wszystkie nasze budynki szpitalne są dwukondygnacyjne, oprócz biurowego, który jest dużo wyższy. To jest pewien komfort – jeżeli można tak powiedzieć.

 

Źródło zdjęcia: http://www.podlasie24.pl/losice/region/ewakuacja-szpitala-i-kilka-zdarzen-na-terenie-miasta-1ccce.html

Wywiad: http://warszawa.onet.pl/szpital-w-warszawie-na-ewakuacje-potrzebujemy-45-minuty/vz0jk